jak zwykle z bogatą listą rzeczy do zrobienia
po pierwsze odzyskać przestrzeń życiową czyli wielkie sprzątanie
nacieszyć się Ewką, życiem i spokojem (chociaż ostatnie z pierwszym jakoś się gryzie)
zrobić coś dla siebie
dorzucić do naszej ściennej kolekcji kilka pięknych zdjęć
A skoro te piękne zdjęcia są jeszcze dopiero do zrobienia do wrzucam wiosenne
poniedziałek, 17 czerwca 2013
piątek, 8 marca 2013
Marzycielka z Ostendy
Taki tytuł nosi opowiadanie, którego autorem jest Eric-Emmanuel Schmitt. Książkę poleciła mi moja Iwonka ( której nie ma i za którą mi się tęskni). W ogóle z tą Iwoną jest tak, że ostatnio ciągle podrzuca mi jakieś książki - najpierw był Sidney Sheldon i wsiąkłam na jakieś pięć książek, gdzie rzadko się zdarzało, żebym pod rząd przeczytała dwie, trzy książki tego samego autora i była zadowolona ( dość duże rozczarowanie Zafonem, o Coehlo nie wspomnę). A tu patrz, co książka to wgniata w fotel, ciężko przerwać choćby na chwilę. Skończyłam jedna i chwytam za drugą - oj niebezpieczne te książki.
Ale nie o tym miało być. Składam samokrytykę. A tak na marginesie nawiązując do reklamy usług telekomunikacyjnych to dla mnie definitywnie formuła L - albo i XL. Ale nie o tym miało być.
Marzycielka zaczyna się spokojnie. I nic nie zapowiada zachwytu z jakim się kończy. I tak się zastanawiałam (podczas spaceru z Pyzą, bo tylko wtedy mam czas na rozmyślanie; w zasadzie na pisanie też nie mam czasu, właśnie małżonek mnie gani, że nie zajmuje się aktywnie dzieckiem, tylko pełza sobie maluszek po mieszkaniu - ale nie o tym miało być.) dlaczego byłam pod takim wrażeniem tego opowiadania?
Może dlatego, że historia jest taka piękna, wręcz bajkowa. Obrazy, które się przewijają, trafiają wprost do mojego kobiecego, wręcz dziewczęcego serca. Ona, on, miłość - taka piękna, krótka i burzliwa, pełna pasji i oddania. Do tego książe i młoda szara myszka, którą jego książęcość nie tylko nie ośmiela, ale w ogóle nie gra roli. Co więcej, ona znajduje go na plaży, nagiego niczym jakiegoś Syrena. Od początku ich dialogi są zabawne i zadziorne. Wprost się je pochłania.
A może to co wzrusza, to nie ten krótki czas pełen miłości, ale późniejsze lata kiedy ona rozpamiętuje te słodkie chwile i jej dusza, i myśli są w pewien sposób uwięzione w przeszłości. Jak silne musiało być to uczucie, że żarzy się w niej przez resztę życia, nie dając możliwości rozpoczęcia nowego życia. Ona nawet nie może się łudzić, że kiedyś piękne dni powrócą. Pożegnała się się z nimi na dobre. To gorsze niż czekanie na kogoś, odliczanie dni do ponownego połączenia się z ukochaną osobą. Lub nawet jeśli nie wiesz, czy jeszcze się zobaczycie, ale masz nadzieję i nią żyjesz. Ona żyła wspomnieniami, a one nawet po kilkudziesięciu latach budziły takie emocje jak same wydarzenia, jak sama mówiła : " Z wielkiej miłości nie da się wyleczyć". Jak silne musiało być to uczucie, że tworząc teraźniejszość ona była wierna przeszłości?
A może dlatego, ze kiedy myślisz, że to była bujda, że wszystko zostało zmyślone zrodzone z kobiecej tęsknoty za taką właśnie miłością, zbyt piękne by było prawdziwe, okazuje się, że w pewien symboliczny sposób łączy się ze swoją miłością po śmierci. Jakby jej cierpliwość została właśnie wynagrodzona.
Krótkie opowiadanie, które wzbudziło we mnie więcej emocji niż niejedna powieść. Polecam.
Iwonko, czytaj i polecaj mi więcej takich perełek. Pozdrawiam.
Ale nie o tym miało być. Składam samokrytykę. A tak na marginesie nawiązując do reklamy usług telekomunikacyjnych to dla mnie definitywnie formuła L - albo i XL. Ale nie o tym miało być.
Marzycielka zaczyna się spokojnie. I nic nie zapowiada zachwytu z jakim się kończy. I tak się zastanawiałam (podczas spaceru z Pyzą, bo tylko wtedy mam czas na rozmyślanie; w zasadzie na pisanie też nie mam czasu, właśnie małżonek mnie gani, że nie zajmuje się aktywnie dzieckiem, tylko pełza sobie maluszek po mieszkaniu - ale nie o tym miało być.) dlaczego byłam pod takim wrażeniem tego opowiadania?
Może dlatego, że historia jest taka piękna, wręcz bajkowa. Obrazy, które się przewijają, trafiają wprost do mojego kobiecego, wręcz dziewczęcego serca. Ona, on, miłość - taka piękna, krótka i burzliwa, pełna pasji i oddania. Do tego książe i młoda szara myszka, którą jego książęcość nie tylko nie ośmiela, ale w ogóle nie gra roli. Co więcej, ona znajduje go na plaży, nagiego niczym jakiegoś Syrena. Od początku ich dialogi są zabawne i zadziorne. Wprost się je pochłania.
A może to co wzrusza, to nie ten krótki czas pełen miłości, ale późniejsze lata kiedy ona rozpamiętuje te słodkie chwile i jej dusza, i myśli są w pewien sposób uwięzione w przeszłości. Jak silne musiało być to uczucie, że żarzy się w niej przez resztę życia, nie dając możliwości rozpoczęcia nowego życia. Ona nawet nie może się łudzić, że kiedyś piękne dni powrócą. Pożegnała się się z nimi na dobre. To gorsze niż czekanie na kogoś, odliczanie dni do ponownego połączenia się z ukochaną osobą. Lub nawet jeśli nie wiesz, czy jeszcze się zobaczycie, ale masz nadzieję i nią żyjesz. Ona żyła wspomnieniami, a one nawet po kilkudziesięciu latach budziły takie emocje jak same wydarzenia, jak sama mówiła : " Z wielkiej miłości nie da się wyleczyć". Jak silne musiało być to uczucie, że tworząc teraźniejszość ona była wierna przeszłości?
A może dlatego, ze kiedy myślisz, że to była bujda, że wszystko zostało zmyślone zrodzone z kobiecej tęsknoty za taką właśnie miłością, zbyt piękne by było prawdziwe, okazuje się, że w pewien symboliczny sposób łączy się ze swoją miłością po śmierci. Jakby jej cierpliwość została właśnie wynagrodzona.
Krótkie opowiadanie, które wzbudziło we mnie więcej emocji niż niejedna powieść. Polecam.
Iwonko, czytaj i polecaj mi więcej takich perełek. Pozdrawiam.
piątek, 28 grudnia 2012
Kolejne Święta Bożego Narodzenia. Niby takie same, a co roku inne. Najpierw sam na sam z Tobą, potem z małą istotką rosnącą pod moim sercem, a teraz w trójkę z naszym Kurczątkiem. Pierwsze tak naprawdę rodzinne.
Na tyle na ile Pyza mi pozwala staram się nadrobić zaległości w czytaniu i w oglądaniu filmów. I w uczeniu się. I pieczeniu. I robieniu zdjęć. I pisaniu bloga.
piątek, 21 września 2012
upgrade
Ja nie mówię, że jestem przeciwko rozwojowi. Rozwój to nic złego. Zwłaszcza jeżeli wynika z wewnętrznej potrzeby. Denerwuje mnie natomiast rozwój wymuszony, wynikający z zewnętrznego rozwoju świata ( w tym wypadku techniki). Nie jestem stara a już się gubię. A słyszałam, że należę do pokolenia, które intuicyjnie porusza się po świecie wirtualnym. W takim razie ja z małą reklamacją. Czy wszystko musi tak pędzić do przodu? Czy dla e-opornych nie można by zostawić starych sposobów logowania. NAWET jeśli moje hasło jest słabe, to tylko BLOG, a nie zbiór ściśle tajnych akt ( do tych z resztą też można się dostać), więc po co ONI mnie tak męczą. Jeszcze powalczę, ale biorę pod uwagę możliwość kapitulacji. Widocznie czas się pożegnać z pierwszym blogiem, jakby nie było zostanie mi ten - gdzie jeszcze potrafię się zalogować.
Na rozważania ostatnio mam niewiele czasu. W zasadzie tak jak na spanie, jedzenie, sprzątanie, czytanie, uczenie się, gotowanie... W zasadzie zajmuję się dzieckiem i piorę. Co chwilę, piorę i prasuję. Ale są i dobre strony macierzyństwa. Ciągle się wygłupiam, a niemal każda głupia mina jest nagrodzona cudownym bezzębnym uśmiechem i iskierkami w wciąż niebieskich oczkach. Poza tym zauważyłam, że Pyziątko uwielbia słuchać jak śpiewam ( nareszcie czuję się doceniona!). Co prawda P. mnie przestrzega, że skrzywię jej słuch, ale co on tam wie! Grunt, źe moje wokalne wyczyny znalazły pierwszą fankę. A i potańczyć mam z kim. Koniec z żebraniem o taniec, mam ochotę, to biorę bobo na ręce i hulamy. Młoda strasznie lubi podskakiwać z mamą i słodko wtedy rechocze.
Z P. wszystko w porządku. Niedawno świętowaliśmy bawełnianą rocznicę. Była wycieczka i zamki, a później lasagne i Martini Asti, i wielki bukiet róż i pluszowy miś, i nastrojowa muzyka, i nastrój ;) i było miło. Kiedy byłam młodsza mama mówiła mi, że czas w małżeństwie jest jak płynąca rzeka, małżonkowie jak dwa kanciaste kamienie. Z upływem czasu ta rzeka łagodzi krawędzie i po latach zostają takie okrąglaki. Do tych kamyczków o gładkiej powierzchni pewnie jeszcze nam daleko, ale już teraz widzę, że ze spokojem przyjmujemy i akceptujemy niektóre nasze zachowania, które kiedyś kończyły się kłótnią, bądź wręcz odwrotnie - cichymi dniami. Wciąż mam wrażenie, że "prowadzi mnie (...) niewidzialna siła". Nawet jak coś idzie nie tak, wystarczy zmienić punkt widzenia i okazuje się, że więcej zyskuję niż tracę. A propo optymizmu. Pojechaliśmy na grzyby, i Pyza zebrała caaaaaaaaaały koszyk szyszek ! :)
I znów staję przed dylematem być czy mieć. Łatwo się mówi BYĆ, jeśli bez problemu zawsze się MIAŁO. Gorzej, jeśli do spełnienia marzeń, siebie potrzeba coś MIEĆ. I tu znowu pułapka, żeby dążąc do BYCIA nie pomylić sobie celów i nie utknąć na etapie zdobywania. Jutro losowanie. Do wygrania 30 mln pln. Podobno wszystko zaczyna się od marzeń. To tak jak większość moich projektów i przedsięwzięć - od marzeń i planów się zaczyna i na nich się kończy. "If I was a rich man..." Taaaa
Na rozważania ostatnio mam niewiele czasu. W zasadzie tak jak na spanie, jedzenie, sprzątanie, czytanie, uczenie się, gotowanie... W zasadzie zajmuję się dzieckiem i piorę. Co chwilę, piorę i prasuję. Ale są i dobre strony macierzyństwa. Ciągle się wygłupiam, a niemal każda głupia mina jest nagrodzona cudownym bezzębnym uśmiechem i iskierkami w wciąż niebieskich oczkach. Poza tym zauważyłam, że Pyziątko uwielbia słuchać jak śpiewam ( nareszcie czuję się doceniona!). Co prawda P. mnie przestrzega, że skrzywię jej słuch, ale co on tam wie! Grunt, źe moje wokalne wyczyny znalazły pierwszą fankę. A i potańczyć mam z kim. Koniec z żebraniem o taniec, mam ochotę, to biorę bobo na ręce i hulamy. Młoda strasznie lubi podskakiwać z mamą i słodko wtedy rechocze.
Z P. wszystko w porządku. Niedawno świętowaliśmy bawełnianą rocznicę. Była wycieczka i zamki, a później lasagne i Martini Asti, i wielki bukiet róż i pluszowy miś, i nastrojowa muzyka, i nastrój ;) i było miło. Kiedy byłam młodsza mama mówiła mi, że czas w małżeństwie jest jak płynąca rzeka, małżonkowie jak dwa kanciaste kamienie. Z upływem czasu ta rzeka łagodzi krawędzie i po latach zostają takie okrąglaki. Do tych kamyczków o gładkiej powierzchni pewnie jeszcze nam daleko, ale już teraz widzę, że ze spokojem przyjmujemy i akceptujemy niektóre nasze zachowania, które kiedyś kończyły się kłótnią, bądź wręcz odwrotnie - cichymi dniami. Wciąż mam wrażenie, że "prowadzi mnie (...) niewidzialna siła". Nawet jak coś idzie nie tak, wystarczy zmienić punkt widzenia i okazuje się, że więcej zyskuję niż tracę. A propo optymizmu. Pojechaliśmy na grzyby, i Pyza zebrała caaaaaaaaaały koszyk szyszek ! :)
I znów staję przed dylematem być czy mieć. Łatwo się mówi BYĆ, jeśli bez problemu zawsze się MIAŁO. Gorzej, jeśli do spełnienia marzeń, siebie potrzeba coś MIEĆ. I tu znowu pułapka, żeby dążąc do BYCIA nie pomylić sobie celów i nie utknąć na etapie zdobywania. Jutro losowanie. Do wygrania 30 mln pln. Podobno wszystko zaczyna się od marzeń. To tak jak większość moich projektów i przedsięwzięć - od marzeń i planów się zaczyna i na nich się kończy. "If I was a rich man..." Taaaa
niedziela, 25 marca 2012
wiosna
I przyszła nareszcie. Z dwudziestoma stopniami w cieniu i gorącym słońcem. Jak ja się za nim stęskniłam! Z moich doniczek wychodzą zielone łodyżki. Nie ubiłam żadnego kwiatka! Nawet pelargonia, którą spisałam na straty, odniedała się ;)
Czas jest już przestawiony na letni. Nad ranem zza okna dochodzi mnie świergot ptaków. Wszystko przypomina o tym, że jest wiosna. Że wszystko rodzi się na nowo. My czekamy na nasze maleństwo. A ono jest coraz bliżej. Kwestia dni, może dwóch do trzech tygodni. Nowe życie na wiosnę. Bajki ciąg dalszy.
Czas jest już przestawiony na letni. Nad ranem zza okna dochodzi mnie świergot ptaków. Wszystko przypomina o tym, że jest wiosna. Że wszystko rodzi się na nowo. My czekamy na nasze maleństwo. A ono jest coraz bliżej. Kwestia dni, może dwóch do trzech tygodni. Nowe życie na wiosnę. Bajki ciąg dalszy.
wtorek, 27 grudnia 2011
środa, 7 grudnia 2011
part of the mystery
P. pojechał do kolegi. Cisza i ja. I jest cudnie. Dobrze mieć odrobinę czasoprzestrzeni tylko dla siebie. W zasadzie nie ma ciszy, choć jest bardo spokojnie. Dzisiejszy plebiscyt wygrał Mozart, także godzinę mam z głowy. W kolejce czeka Schubert i mój ulubiony Vivaldi. Do tego bujany fotel, przytłumiony blask lampy solnej i perspektywa czytania dobrej książki. Nic nie muszę, nigdzie się nie spieszę. Totalne odprężenie i duchowy spokój. Fifek chyba też odbiera kojący wpływ takiej scenerii. Leży do góry brzuszkiem, wystawił dolne ząbki i przysypia. Mozart podobno ma rewelacyjne właściwości odprężające i rozwijające dla nienarodzonych jeszcze dzieci. Ciekawe czy Fifek też skorzysta i zmądrzeje. Nie żeby był ostatnim tumanem i tak widać pewne postępy, ale gdyby tak jeszcze trochę ... Na pewno mu nie zaszkodzi.
W życiu tak mi się wszystko poukładało, że czuję w tym dzieło Opatrzności. Logicznie myśląc, to sama na wszystko sobie zapracowałam. Wszystko było przemyślane i zaplanowane. Ale to za mało. Nie wierzę, żeby to wystarczyło. Czuwa nad nami Anioł. Wszystko jest tak jak chciałam. Nawet jeśli mam jakiś problem, to potem okazuje się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Teraz kiedy coś się nie udaje, wiem, że muszę tylko zaufać w sens takiej rzeczywistości i spokojniej podchodzę do niepowodzeń. Chociaż czasem zaczynam się bać, że jest zbyt pięknie... że "nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los trzeba będzie stracić." To niemądre, wiem. Więc jestem wdzięczna za każdy dzień, jakby miał być ostatnim. A o jutrze nie myślę. Chyba, że w bajkowym zabarwieniu - i żyli długo i szczęśliwie. Jak na razie sprawdza się.
P. ostatnio ciągle mnie zadziwia i zaskakuje. Oczywiście pozytywnie. Zadziwia mnie coraz większym przywiązaniem do mnie, tym, że tak bardzo o mnie dba i troszczy się, żeby wszystko było ok. Jakby jego największym powołaniem w życiu było wywołać na mojej twarzy jak najwięcej uśmiechów. I wtedy jego oczy też się śmieją. Nawet na naszych pierwszych randkach ( o matko! co za zamierzchłe czasy wywlekam) nie było tak dobrze. Nigdy nie sądziłam, że mogłabym komuś powierzyć się tak bezgranicznie. A jemu udało się mnie oswoić.
W życiu tak mi się wszystko poukładało, że czuję w tym dzieło Opatrzności. Logicznie myśląc, to sama na wszystko sobie zapracowałam. Wszystko było przemyślane i zaplanowane. Ale to za mało. Nie wierzę, żeby to wystarczyło. Czuwa nad nami Anioł. Wszystko jest tak jak chciałam. Nawet jeśli mam jakiś problem, to potem okazuje się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Teraz kiedy coś się nie udaje, wiem, że muszę tylko zaufać w sens takiej rzeczywistości i spokojniej podchodzę do niepowodzeń. Chociaż czasem zaczynam się bać, że jest zbyt pięknie... że "nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los trzeba będzie stracić." To niemądre, wiem. Więc jestem wdzięczna za każdy dzień, jakby miał być ostatnim. A o jutrze nie myślę. Chyba, że w bajkowym zabarwieniu - i żyli długo i szczęśliwie. Jak na razie sprawdza się.
P. ostatnio ciągle mnie zadziwia i zaskakuje. Oczywiście pozytywnie. Zadziwia mnie coraz większym przywiązaniem do mnie, tym, że tak bardzo o mnie dba i troszczy się, żeby wszystko było ok. Jakby jego największym powołaniem w życiu było wywołać na mojej twarzy jak najwięcej uśmiechów. I wtedy jego oczy też się śmieją. Nawet na naszych pierwszych randkach ( o matko! co za zamierzchłe czasy wywlekam) nie było tak dobrze. Nigdy nie sądziłam, że mogłabym komuś powierzyć się tak bezgranicznie. A jemu udało się mnie oswoić.
"Sometimes we try too hard to please
We should let love come naturally
And sometimes I don't know
Just what you really do to me
That is O.K.
Cuz it's all part of the mystery"
We should let love come naturally
And sometimes I don't know
Just what you really do to me
That is O.K.
Cuz it's all part of the mystery"
Ace of base "Always have, always will"
Subskrybuj:
Posty (Atom)


